ZŁOTY KRZYŻ
18 czerwiec 2010 | Dodał: xpw | Odsłon 947
ŚWIADECTWO PRZEMIANY Mam na imię Paweł, mam 27 lat. Moja historia jest taka... W wieku 16 lat zacząłem kraść radia samochodowe. Trwało to 2 lata. Chciałem mieć więcej pieniędzy, zacząłem więc kraść samochody. Pieniądze traciłem na narkotyki i zabawę. W końcu złapała mnie policja. Proces sądowy doprowadził do wyroku, w wyniku którego znalazłem się w więzieniu. Miałem wtedy 20 lat. Po 3 latach wyszedłem na wolność. Czas spędzony w więzieniu uznaję za stracony... Chciałem żyć inaczej. Po wyjściu z więzienia znalazłem pracę. Pracowałem 8 miesięcy, a w wyniku redukcji zostałem zwolniony.
Pojechałem więc pracować do Anglii. Gdy po jakimś czasie wróciłem do Polski, kupiłem motocykl. Jeździłem na nim prawie 2 lata. Pewnego dnia jechałem nad jezioro, gdy na zakręcie zobaczyłem samochód jadący wprost na mnie. Miałem do wyboru zderzenie czołowe lub zjazd do rowu. Wybrałem drugą możliwość. Z pękniętą śledzioną oraz innymi licznymi obrażeniami wewnętrznymi trafiłem do szpitala. Lekarze nie dawali mi żadnych szans na przeżycie. Podczas śpiączki otrzymałem Sakrament Namaszczenia Chorych.
Gdy trwałem w tym stanie ujrzałem we śnie duży złoty krzyż. Zacząłem wtedy prosić Boga żeby dał mi szansę, żebym żył... Wreszcie nadszedł dzień wybudzenia ze śpiączki. Po dwóch tygodniach wyszedłem do domu w miarę dobrym stanie, miałem problemy z oddychaniem. Po miesiącu, gdy zacząłem się dusić okazało się, że mam zwężenie tchawicy. Znowu trafiłem do szpitala. Przeprowadzono operację, w wyniku której sparaliżowane zostały moje ręce i nogi. Straciłem czucie w całym ciele oprócz szyi i głowy. Byłem zły na Pana Boga, nie mogłem zrozumieć dlaczego w tak młodym wieku spotkało mnie takie nieszczęście. Wściekałem się na ludzi, wszystko mnie denerwowało... Po pewnym czasie jednak jakoś nieoczekiwanie wyciszyłem się.
Zacząłem rozumieć niektóre sprawy i modlić się, czego nigdy nie robiłem. Modlitwa przynosiła uspokojenie. Jednocześnie przechodziłem rehabilitację - usunięto mi sondę z nosa, przez którą byłem karmiony. Uczyłem się na nowo jeść. Stopniowo wracała mi zdolność poruszania głową, mogłem ją już sam utrzymać. Wierzę, że to dzięki Jezusowi i modlitwie... Obecnie wciąż przebywam w szpitalu, choć od wypadku minęło już wiele miesięcy (jestem po 7 operacjach). Mój stan lekarze nadal określają jako ciężki: przebywam na oddziale intensywnej terapii, oddycham przy pomocy respiratora. Obiecują oni jednak, że wkrótce wyjdę do domu (jest na to szansa w 50%, ponieważ mój stan nie jest stabilny). Zauważyłem jednak znaczną poprawę mojego zdrowia w stosunku do dnia, w którym tu przybyłem. Jestem przekonany, iż jakąkolwiek poprawę mojego stanu fizycznego i psychicznego zawdzięczam przede wszystkim Panu Jezusowi.
Wierzę, że stało się to dzięki modlitwie mojej i innych ludzi. Spotkałem tutaj w szpitalu księdza kapelana, który mi bardzo pomógł. Wtedy gdy mój stan psychiczny był zły, rozmawiał ze mną, tłumaczył i modlił się za mnie, a ja modliłem się z nim. Przed wypadkiem w ogóle się nie modliłem, bo uważałem to za niepotrzebną stratę czasu. Wierzyłem w Boga, ale był On dla mnie kimś zupełnie obcym. Nie chodziłem do Kościoła, ponieważ mi się nie chciało. Złoty krzyż, który widziałem w śpiączce często wraca w moich myślach... Od tamtej pory widzę jak moje przemyślenia na temat wiary w Boga się zmieniają. Pomógł mi w tym również ksiądz Piotr. Zrozumiałem, że wcześniej źle postępowałem, bo przyczyniałem się do cierpienia innych ludzi. Teraz Pan Bóg jest mi bliski, mogę z nim rozmawiać. A przez modlitwę zaczynam także inaczej patrzeć na ludzi. Mniej się denerwuję, chociaż przecież jestem całkowicie zależny od innych. Wierzę, po tym wszystkim co mnie spotkało, że będąc dobrym człowiekiem i żarliwie modląc się do Pana Boga kiedyś wyzdrowieję.
Jednak niezależnie od tego co się stanie – ufam Mu, bo w Nim jest cała moja nadzieja zbawienia, którego pragnę przede wszystkim. Chcę przestrzec młodych ludzi, żeby nie popełniali błędów takich jak ja w młodości. Radzę żeby słuchali rodziców, a nie kolegów, żeby szukali Boga, modlili się i chodzili do Kościoła – to jest bardzo potrzebne dla równowagi wewnętrznej, bo przecież człowiek to nie tylko ciało. Kończąc muszę dodać, że bardzo dużo zawdzięczam dobroci i miłości moich rodziców, którym jestem naprawdę wdzięczny. Przepraszam ich za ból jaki wcześniej im zadałem swoim nieodpowiedzialnym postępowaniem.
W moim cierpieniu modlę się także za Ciebie, który czytasz te słowa... Wiem, że i ono ma jakiś głęboki sens, jeśli tylko dobry Bóg zechce je wykorzystać dla swojej chwały. Trzymaj się Go mocno, bo bez Niego jesteśmy niczym!
P.S. Dziękuję też bardzo wszystkim lekarzom, a zwłaszcza pielęgniarkom za cierpliwość nade mną i pomoc, bez której nie mógłbym godnie żyć.
W szpitalu na oddziale intensywnej terapii, dnia 17. czerwca 2010 roku.
- na prośbę ks. Piotra świadectwo spisała: Maria Żyromska





























































Odnośniki